czwartek, 6 czerwca 2013

38 - Little Big Adventure 2: Twinsen's Oddysey

Rok wydania: 1997
Znana także jako: Relentless: Twinsen's Oddysey, Twinsen's Oddysey
(dostępna zarówno w wersji na Windows, jak i DOS) 

Większość starszych graczy ostatnimi czasy straszliwie marudzi jakie to gry dzisiaj są 'bezpłciowe', zupełnie bez polotu, magii czy miodności, znanej ze starych czasów. A ja na to odpowiem - proszę bardzo! Chcecie rzucić cały ten dzisiejszy majdan gierkowy i przeżyć małą-wielką przygodę? Zapraszam zatem do mnie, albowiem dziś podyskutujemy nieco o jednym z najdłuższych i najfajniejszych przedstawicieli gatunku action-adventure.

Cofnijmy się o te parę lat do tyłu. Pamiętasz? Procesor 200 MHz pozostawał marzeniem wielu graczy, akceleratory 3D nadal były produktem dla bardziej kasiastych użytkowników, a 32 MB RAMu i 6 gigabajtów na dysku to było więcej niż dość. Taaak... to był nieco dziki okres, fakt. Mimo tego wielu gamerów uważa, że były to najlepsze czasy dla wszelkich produkcji. Bariery technologiczne nie pozwalały twórcom skupiać się na ultra grafice (bo i tak nic epickiego by nie osiągnęli), dlatego też sporą część czasu/budżetu poświęcano na dopieszczanie grywalności czy wszelkich detali świata, przedstawianego przez grę. Czy to zdanie słuszne - to już kwestia dyskusyjna na zupełnie osobny post, który, zresztą, zapewne by wywołał epicki flame war, więc zakończmy już rozważania natury filozoficzno-technicznej tu i teraz. Pogadajmy o czymś bardziej przyjemnym...
Mianowicie o grze Little Big Adventure, wydanej w 1994 roku na pecety (dwa lata później i na PSX) przez francuską firmę Adeline Software International. Był to o tyle ciekawy tytuł, albowiem miał zupełnie inne podejście do rozgrywki, niż wszelkie inne gry akcji tamtego okresu - tutaj nie stawiano na totalną demolkę, umięśnionych bohaterów i big fucking guns. Tutaj często ucieczka (lub skradanie się) było jedynym słusznym wyjściem, bowiem gracz nie miał szans w bezpośrednim starciu z siłami głównego wrednego. A ten był wybitnie straszliwy, nie z wyglądu (to nie jest żaden napakowany ufok, ultraczłowiek, bóg czy inny pół-bóg), lecz z piastowanej pozycji - tutaj do czynienia mamy z dyktatorem. Hm, dobrze wiemy, że człowiek z odpowiednią władzą może być jeszcze bardziej straszliwy, niż cała armia krwiożerczych obcych, nieprawdaż? Bohaterem tego dramatu był Twinsen, młody Quetch (rasa przypominająca ludzi), zamieszkujący planetę, o wdzięcznej nazwie Twinsun (od dwóch słońc, pomiędzy którymi utrzymuje się niebieski glob), wraz z kilkoma innymi rasami (Grobos - osobnicy przypominający słonie, czy Rabibunnies - króliki). Wszyscy żyli w spokoju i harmonii, do czasu kiedy demoniczny Dr. FunFrock doszedł do władzy. Przemienił on życie na planecie nie do poznania. Wprowadzono rządy totalitarne, wojska wyszły na ulicę, każdy musi tańczyć tak, jak władza mu zagra, bo inaczej trafi do kicia - taka Korea Północna wersja hardcore. Cała planeta stała się krainą policyjną - ludność żyje w ciągłej opresji, jednak nikt nawet nie pomyśli, by się przeciwstawić obecnemu porządkowi. Jakby jeszcze tego było mało - wredzioch dodatkowo opanował technologię klonowania i teleportacji, więc nie dość, że miał swoją personalna armię klonów, to dodatkowo mógł ją wysłać do dowolnego miejsca na Twinsunie. Hm, nieciekawie, czyż nie? W takich czasach na duchu wszystkich podtrzymuje stare wierzenie ludowe o bogini, zwanej Sendell, która pewnego dnia pojawi się na Twinsunie, aby wyzwolić go z demonicznej opresji. Naturalnie historyjka jest wybitnie antyrządowa, więc każdy, kto chociaż cichutko bąknie o niej, natychmiast trafi do więzienia o zaostrzonym rygorze. Nasz Twinsen niestety miał sporego pecha, gdyż ostatnimi czasy zaczął miewać bardzo dziwne sny, które wszyscy odebrali jako manifestację wymierzoną przeciwko władzy. I tak oto nasz bohater już na początku przygody trafił do paki. Ale jest światełko w tunelu - to właśnie on został wybrany przez Sendell do bycia mitycznym herosem, który rozwikła zagadkę legendy Sendell, obali totalitarne rządy, zniszczy FunFrocka oraz uratuje swoją żonę (którą, a propo, porwały siły dyktatora, kiedy Twinsen uciekł z więzienia-fortecy). I tak oto Twinsena czekała epicka podróż po całym Twinsunie, sporo walk, kombinowania, zbierania i używania przedmiotów, jak i wtajemniczania się w legendę i magię Sendell. Oczywiście ostatecznie się mu udało - ludność wróciła do starego porządku, Twinsen został ogłoszony narodowym bohaterem, zaś on sam powrócił do spokojnego życia u boku swojej żonki. Aż do czasu części drugiej...

(malownicze centrum miasta na Citadel Island)

Sequel pierwszego LBA ma miejsce rok po wydarzeniach z jedynki. Twinsen odbudował dom, zniszczony przez armię FunFrocka z pierwszej części, jego żonka, Zoé, jest w ciąży i wkrótce spodziewa się dziecka, zaś populacja Twinsuna, bogata o doświadczenia z przeszłości, została zdemilitaryzowana i żyje w błogiej ciszy i spokoju. Sielanka właściwie trwa przez pierwsze kilka godzin gry, gdyż nie następuje tutaj żadne początkowe trzęsienie ziemi - trup nie ściele się gęsto, nie ma eksplozji ani żadnej wojny. Najsampierw musimy pomóc naszemu smoczemu kumplowi, DinoFly'owi, którego piorun nieco popieścił, gdyż ten, nieostrożnie, dziarsko latał po niebie podczas burzy. Sprawa jednak nieco się skomplikuje kiedy pewnego dzionka planetę Twinsena odwiedzą tajemniczy osobnicy z planety Zeelich. Jajogłowi panowie w garniturach początkowo prezentują się jako rasa miłująca pokój, pragnąca wymiany kulturowej pomiędzy obiema nacjami. Jednak nieco inne rzeczy im w głowie, jako że fabuła, wraz z kolejnymi przegranymi godzinami, odpowiednio się pokomplikuje. Twinsen po raz kolejny będzie musiał przyodziać Ancestralny Tunik oraz medalion Sendell w celu uratowania swojej planety przed o wiele większym złem, niż 'tylko' tyrania FunFrocka. 

Jak w przypadku wielu gier opisywanych na tym blogu, twórcy LBA2 stwierdzili, że zaserwują swoim fanom to samo, lecz na zasadzie 'więcej i lepiej'. I 'lepiej' jest tu słowem kluczowym, gdyż programiści z Adeline faktycznie poprawili największe bolączki części pierwszej. System zapisu pozwalał zachowywać grę w dowolnym miejscu i o dowolnym czasie, zaś Twinsen nie był raniony, gdy w pełnym biegu kolidował z murem, tudzież inną przeszkodą (realistyczne, ok, ale straszliwie wpieniało, gdyż sterowanie nie było idealne). Ale dość o technikaliach, pobajajmy o samej grze - o ile w pierwszej części przeżyliśmy wycieczkę krajoznawczą po Twinsunie, tak już w dwójce odyseja Twinsena rozgrywać się będzie na 3 planetach - zwiedzimy parę barwnych i znanych miejsc na Twinsunie, polecimy na Szmaragdowy Księżyc (Emerald Moon, od pewnego momentu stanie się niezwykle ważny dla fabuły) jak i do naturalnego domu najeźdźców - Zeelicha. Jak na rok 1997 - świat przedstawiony w grze jest niezwykle ogromny, posiadający mnóstwo najróżniejszych zakamarków, domostw, jaskiń czy ścieków, gotowych do zwiedzenia. A ci, którzy lubią węszyć wszędzie zapewne poczują się jak w domu - gra ma mniej-lub-bardziej otwarty charakter. Owszem, jest szereg zadań, które należy wykonać, aby popchnąć fabułę do przodu, jednak ich kolejność (jak i sam sposób wykonania) jest często dowolna. Co niektóre przedmioty można znaleźć, lub też kupić, niektóre zadania logiczne czekają na interwencję gracza, lub też NPCta, o ile zarzucimy mu konkretną sumką - wyborów nie brakuje! Ba - sporo tutaj czynności zupełnie opcjonalnych, które nagrodzą gracza wskazówką co do dalszego postępowania, lub też zdradzą nieco fabularnych faktów o świecie gry. W wypełnianiu tych zadań przyda się zarówno trochę sprytu (kawałek 'adventure'), jak i nieco zwinności (kawałek 'action') - w świecie Twinsuna należy pogłówkować, jak i powalczyć czy poskakać po platformach. W osiągnięciu celu pomagają 4 różne zachowania Twinsena, znane z poprzedniej części. Jeżeli jesteś ciut nieobeznany - Twinsen, w danej chwili, może zachowywać się normalnie, sportowo, agresywnie lub dyskretnie. Tryb normalny to ...tryb normalny, po prostu zwykłe chodzenie, rozmawianie z napotkanymi przechodniami, przeszukiwanie szafek czy innych koszy na śmieci, oraz używanie przeróżnych dźwigienek lub przycisków - ot taka sielanka przygodowa. Tryb sportowy sprawia, że Twinsen wszystko załatwia 'w biegu' (dosłownie), zaś dodatkowo ma możliwość skakania. Tryb agresywny, jak wskazuje nazwa, pozwoli sprać po pysku kogo trzeba, zaś tryb dyskretny pozwoli na cichutkie skradanie się między (lub też do, zależy co chcesz zrobić) przeciwnikami. Ciekawostką jest fakt, że zachowanie Twinsena dodatkowo wpływa na pracę co niektórych przedmiotów. Ot chociażby kultowa już Magiczna Kula (Magic Ball), znana z poprzedniej gry, stanowiąca podstawową broń młodego Quetcha, ma inny tor lotu, w zależności od wybranego trybu zachowania (np. w dyskretnym leci wysoko, ponad przeszkodami, zaś w sportowym - nisko, ale dłużej się odbija od powierzchni). Nie raz, nie dwa owa wiedza będzie wymagana do rozwiązania co niektórych zagadek logicznych, gdyż np. dźwigienka, która początkowo wydaje się być poza naszym zasięgiem, może być łatwo aktywowana, gdy tylko odpowiednio miotniemy magiczną kulą (i będąc w odpowiednim trybie).

 
(foto z wycieczki na White Leaf Desert)

Zbieranie przedmiotów, rozwiązywanie zagadek i problemów to jedno, zadania zręcznościowe i walka to drugie. Ale na Twinsunie trzeba jakoś przeżyć. Nie jesteśmy nieśmiertelni, nasza mana nie nieskończona, a początkowo żyć (symbolizowanych jako czterolistne koniczynki) - niewiele. A nie dość, że nie umiemy pływać (kontakt z morzami i oceanami tego świata skończy się dla nas natychmiastową utratą wspomnianej koniczynki - i tak aż do 'gejm ołwer'), to przeróżne potwory nie przepuszczą okazji, by zrobić nam z dupy jesień średniowiecza. Przeróżne power up'y czy eliksiry odnawiające zdrówko i manę jak najbardziej wskazane, czyż nie? Ha, i tutaj jest jak w prawdziwym życiu, gdyż wszystko kosztuje. A my początkowo jesteśmy goli jak święty turecki. Cóż więc pozostaje? Znana z gier masowa kleptomania. Zaglądać przyda się wszędzie - do szafek, komód, koszów na śmieci, skrzynek czy beczek, a nuż znajdziemy jakieś serduszko, regenerujące zdrowie, tudzież twardą i brzęczącą walutę, niezbędną do wszelkich zakupów. I nie, nie jest to opcjonalne, gdyż często trzeba zakupić pewien przedmiot, aby móc ruszyć fabularnie dalej (np. bilet do muzeum, czy na przewóz promem). Ale, jak to śpiewali Golce - 'pieniądze jednak to nie wszystko', równie ważne są także rozmowy z NPCtami. Bardzo często zdradzą oni niezwykle witalne wskazówki dla gracza, niezbędne w razie zacięcia się (a takich miejsc jest tutaj, wbrew pozorom, kilka), czasami też naniosą marker na naszą kieszonkową mapę, abyśmy na pewno odnaleźli wybraną lokację.

Sam świat, w którym żyje Twinsen, całkiem fajnie tętni życiem. Co prawda nie ma tutaj żadnych skomplikowanych i oskryptowanych sekwencji, znanych np. z serii Ultima czy Elder Scrolls, jednak i tak jest czym nacieszyć oko. Przyjaźne NPCty dziarsko kręcą się po lokacjach, często wykonując różnorodne czynności - ot chociażby śmigają na skuterze, łowią ryby, grzebają po szafkach, czy nawet grają w kulki. Z kolei ci mniej pokojowo nastawieni nie zachowują się jak typowe mięsko armatnie, tylko często będą próbować otoczyć Twinsena, aby zrobić mu jak największe kuku. Co lepsze - później w grze, kiedy będziemy infiltrować wszelkie tajemne instytuty, tudzież inne przemysłowe instalacje, przeciwnicy często będą wzywać wsparcie na pomoc, zarówno poprzez prymitywną komunikację w postaci krzyku, tudzież aktywowania alarmu. Niby detal dzisiaj znany i powszechnie używany - ale wtedy jak bardzo cieszył! Aby jednak nie było za nudno, gdyż nie tylko samymi pięściami i magicznymi kulami człowiek żyje, do arsenału, który czeka na gracza, dołożono dodatkowo kilka innych zabawek, jak dmuchawka, pistolet laserowy, szabla czy nawet czar błyskawic, który zeżre sporo many, jednak poradzi sobie z większością nieprzyjaznych postaci. 

(oto jak prezentuje się rodzinna wyspa Twinsena - Citadel Island. Deszcz nieco wdał się we znaki, gdyż domyślnie niebo nad wysepką jest błękitne)

LBA2 wywołał niemałe zamieszanie w dniu premiery, ze względu na jeden sympatyczny detal - przepiękną, pełną detali grafikę 3D, niewymagającą akceleratora 3D. Krzykniesz zapewne 'ale jak to możliwe?!' Oh, za pomocą jednego, prostego triku - kamera domyślnie jest zawieszona w jednym miejscu i jest nieruchoma (coś jak te prerenderowane tła Resident Evil czy Final Fantasy VII), ale w każdej chwili możesz zmienić jej kąt widzenia, poprzez naciśnięcie klawisza Enter (bądź też zmieni automatycznie, gdy oddalisz się na odpowiednią odległość, od jej ostatniego miejsca położenia). Ze względu na manualny sposób poruszania kamerą, jak i brak swobodnej rotacji, możliwe było stworzenie całkiem skomplikowanych scen 3D, bez straszliwego spadku szybkości. Ale cóż się dziwić, uzdolnieni programiści z Adeline kilka lat wcześniej popełnili m.in. Alone in the Dark, więc wiesz, że masz do czynienia ze specjalistami! Ciężko tak naprawdę opisać pracę kamery słowami, dlatego też przydałoby się, abyś zobaczył filmik z gry, a od razu zrozumiesz o co biega. Jedynym malkamentem jest fakt, że świat 3D istnieje tylko na zewnątrz - wnętrza jaskiń czy budynków nadal są przedstawiane jako, znane z pierwszej części, rzuty izometryczne. Nie żeby to był jakiś straszliwy minus, gdyż te nadal wyglądają ślicznie, jednak miło by było pozwiedzać wnętrza zabudowań trzech planet w trójwymiarze. Warstwa graficzna spełnia powierzoną jej rolę - kolorowa lub ponura kiedy trzeba, z niezwykle sympatycznymi bohaterami i NPCtami, odziana w pełne detali tekstury - aż ciężko uwierzyć, że to 1997! Jakby tego jeszcze było mało - akcja została dodatkowo okraszona kilkoma sekwencjami FMV, odgrywanymi przy okazji ważnych wydarzeń.
Złego słowa także nie można powiedzieć o oprawie audio. Towarzyszą nam tutaj zarówno krótkie melodie, puszczane, kiedy gracz znajdzie się w konkretnym miejscu, jak i kilka ścieżek audio, odgrywanych w kluczowych lokacjach gry. Kompozytor ten sam, co w przypadku LBA, zatem możesz być pewien, że muzyka będzie niezwykle pasować do wydarzeń na ekranie monitora. Co ciekawe - mamy tu dodatkowo do czynienia z pełnym dubbingiem kwestii każdej postaci. Tak jest, zarówno główni bohaterowie, jak i wszelkie NPCty przemówią do nas ludzkim głosem, jakoby Wigilia trwała cały czas. Może i co niektórzy niezbyt wczuwają się w powierzoną sobie rolę, jednak jednego zarzucić nie można - istny szacun za tak rozbudowaną ilość voice over'ów, czy w ogóle fakt, że każdy ma coś do powiedzenia.

Czyżbyśmy mieli do czynienia z międzynarodowym hitem, sprzedanym w milionach egzemplarzy? Hitem może i tak, gdyż LBA2 został doceniony przez recenzentów wszelakiej maści. Ze sprzedażą już było nieco gorzej, gdyż gra rozeszła się w ilości 600,000 egzemplarzy. Głównym grzechem, jak dla mnie - wielkiego fana obu części LBA - jest fakt, że planetę Twinsun potraktowano deko po macoszemu. Tak naprawdę zwiedzimy tutaj jedynie Citadel Island, White Leaf Desert Island oraz Island of the Dome of the Slate. Deczko mnie to zasmuciło podczas pierwszego grania, gdyż naprawdę byłem napalony na zobaczenie w przepięknym 3D takich klasyków, jak Tipett Island, Proxima Island, Principal Island czy chociaż Hamalayi Mountains - a tu taki wał. Smutne deczko. Sterowanie też czasami może przyprawić o ból głowy (nadal jest tutaj używany model, znany z pierwszych gier w pełnym 3D, tj. ruch tylko do przodu i tyłu, plus rotacja postaci w okół własnej osi). Fakt, jest nieco poprawione, w stosunku do LBA, jednak nadal może wdawać się we znaki - zwłaszcza przy skakaniu w sekcjach izometrycznych. O czym jeszcze mogę pomarudzić - pod koniec gry szala bardziej przechyla się na 'action', niż 'adventure', gdyż mord do obicia, w miarę zbliżania się do wielkiego finału, nie będzie brakować - ciutkę to razi, gdyż normalnie produkcja perfekcyjnie balansuje akcję i przygodę. Czasami aż normalnie nieprzyjaciół to za dużo będzie i przełączanie się na jakikolwiek inny tryb, niż aggresive, będzie zupełnie nieopłacalne. Ale cóż, tak tylko tutaj marudzę, w sumie to już na siłę.

Na grę musisz przeznaczyć minimum 20 godzin. Dolicz kilka(naście) więcej, jeżeli chcesz zaglądać wszędzie i zupełnie wczuć się w klimacik produkcji (lub też nie jesteś zbyt oblatany po tego typu tytułach). Odyseja Twinsena to naprawdę świetna produkcja, którą w swoich kręgach jest chwalona i do dzisiaj (ot chociażby serwis The Magicball Network, nadal działający, mimo tylu lat na karku [11 wiosen!]). Długa i ciekawa, z fajną fabułą i sympatycznymi bohaterami - czegoż chcieć więcej? Tytuł, wraz z częścią pierwszą, dostępny jest za grosze na GOGu, więc żadnych wymówek, jeżeli jeszcze nie pomogłeś Twinsenowi w jego fantastycznej przygodzie!

1 komentarz:

  1. Ech, i kolejna gra którą muszę zaliczyć. W sumie skoro jest wraz z jedynką na GOGu to może stanie się to prędzej niż myślałem.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze, sugestie, przemyślenia? Wal śmiało!